Wyprawa do lasu [WIDEO]
Trwa właśnie prawdziwy „wysyp” grzybów. Warto z tego skorzystać i wybrać się do lasu żeby zrobić zapasy na zimę! W ostatnim czasie pogoda wyjątkowo sprzyja grzybiarzom – noce są ciepłe, regularnie pada deszcz, co tworzy idealne warunki do wzrostu.
Znając te oczywiste prawa przyrody, w sobotę udaliśmy się do pobliskiego lasu. Zaopatrzeni w odpowiedni sprzęt – koszyki oraz specjalne nożyki z pędzelkiem do czyszczenia piasku i igliwia – ruszyliśmy na poszukiwania.
Niestety, nie była to już poranna godzina, a prawdziwi grzybiarze wiedzą, że najlepsza pora na taką wyprawę jest tuż po wschodzie słońca (znam nawet takich, którzy potrafią czekać na świt bezpośrednio w lesie 😉). My dotarliśmy na miejsce trochę po 11:00. Na miejscu łatwo było zauważyć, że sporo osób rano nas ubiegło – zdradzały to pozostałości po wyciętych trzonkach grzybów. Mimo to udało nam się spotkać jeszcze czterech grzybiarzy. Trzech z nich aktywnie przeszukiwało poszycie, a czwarty był już tak zmęczony, że zasnął na rozłożonej kurtce (być może należał do grupy tych, którzy przychodzą do lasu przed świtem). Oprócz zmęczenia pewnie dokuczało mu też pragnienie, bo w ręku trzymał pustą puszkę po piwie.
Szanując grzybiarski savoir-vivre mówiący o tym, że nie wchodzi się na zajęty już teren, poszliśmy dalej. Początek nie był zbyt obiecujący. Jak się szybko okazało, nie byliśmy też najlepiej przygotowani pod względem ubioru – poszliśmy w krótkich spodenkach, a natura tego nie wybacza. Wszechobecne mrówki rudnice, nazywane w niektórych regionach potocznie „kajdanami”, dotkliwie dały nam się we znaki, zaciekle gryząc gołe nogi, co wywoływało nieprzyjemne pieczenie. Niech to będzie przestrogą dla innych!

Hurra, udało się
W końcu jednak udało nam się znaleźć pierwszego grzyba – był to piękny prawdziwek. Humory nieco się poprawiły i zabiła w nas nadzieja, że może nasi poprzednicy coś przeoczyli. I rzeczywiście, już wkrótce wypatrzyłam wspaniałą kanię o wielkości sporego talerza oraz parę kurek. Ponieważ dobrze znamy ten las, ruszyliśmy do miejsc, w których niemal zawsze można liczyć na grzybowe trofea. W kilku z nich trafiliśmy na prawdziwki, ale niestety były to tylko pojedyncze sztuki. No cóż, uznaliśmy, że trzeba wziąć to „na klatę” i wracać z niezbyt napełnionymi koszykami, pocieszając się przynajmniej dawką świeżego powietrza.
Przed wyjściem postanowiliśmy sprawdzić jeszcze jedno miejsce – naszego „pewniaka”. Niestety, tu też czekało nas rozczarowanie. Nic, czysto. Zrezygnowani ruszyliśmy na skróty w stronę wyjścia.
Aż tu nagle… wydawało mi się, że w zasięgu wzroku majaczy kolejna kania! Ruszyłam w tamtą stronę, uważając, by nie stracić jej z oczu. Wtedy spojrzałam pod nogi – tuż przed sobą miałam dorodnego prawdziwka, a obok niego kolejnego i kolejnego! To było niesamowite. Nie pamiętam, kiedy ostatnio udało mi się znaleźć tyle pięknych okazów w jednym miejscu. Mam na to dowód w postaci filmiku – kto nie wierzy, niech sam obejrzy! Prawdziwki z nawiązką wynagrodziły nam wcześniejsze niepowodzenia i te zjadliwe mrówki. Mimo niedogodności – naprawdę było warto!
Źródło: mm
foto i video: mm

